Śląsk Wrocław bez tożsamości. Czerwona flaga nad Oporowską [Komentarz]


Problemem Śląska Wrocław nie jest kryzys formy tylko brak wyraźnej mapy drogowej.

15 lutego 2026 Śląsk Wrocław bez tożsamości. Czerwona flaga nad Oporowską [Komentarz]
Krystyna Pączkowska

Śląsk Wrocław nie przegrywa dlatego, że rywale są lepsi. Śląsk przegrywa, bo w kluczowych momentach sam siebie rozbraja. Jedna strata piłki i drużyna zmienia się w zbiór indywidualnych reakcji. Bez doskoku, bez asekuracji, bez odpowiedzialności za przestrzeń. To nie jest problem formy ani jednego nazwiska. Tutaj kuleje organizacja gry po stracie do czego należy dorzucić brak tożsamości w defensywie. Nie możemy już powiedzieć, że to tylko chwilowe. To jest czerwona flaga wywieszona w kierunku sztabu szkoleniowego.


Udostępnij na Udostępnij na

W meczu z Miedzią Legnica można oczywiście wskazać konkretne sytuacje. Przy pierwszym golu zawodnicy Miedzi na początku dostają przestrzeń do przerzutu, a na końcu obrońcy – zamiast kryć Stanclika – biegną w kierunku własnej bramki, jakby sam fakt obecności w polu karnym miał rozwiązać problem.

Przy drugim trafieniu jeden z defensorów schodzi z pozycji i rusza w stronę linii bocznej, a Yriarte daje się ograć Petroviciowi w sposób – delikatnie mówiąc – wstydliwy.

Mimo wszystko to wciąż nie jest problem jednego nazwiska. Nawet gdyby dziś ściągnąć do Wrocławia stopera klasy Johna Terry z najlepszych lat, niczego by to nie zmieniło. Dlaczego? Bo Śląsk nie broni indywidualnie. Śląsk broni źle jako całość.

To nie jest problem systemu zapisanego na tablicy. Tu chodzi o zachowanie zespołu w momencie straty piłki. Złe ustawienie, złe decyzje, brak automatyzmów.

Śląsk nie umie kontrolować meczu

Jeśli Śląsk nie potrafi kontrolować piłki przez dłuższy czas, to może trzeba przestać udawać, że potrafi. Może trzeba oddać inicjatywę, ustawić się niżej i zmusić przeciwnika do ataku pozycyjnego, zamiast na siłę budować coś, czego ta drużyna dziś nie uniesie. Bo Śląsk próbuje grać w sposób niedopasowany do materiału ludzkiego.

Yriarte nie jest „ósemką”, która ma prowadzić grę. To nie profil rozgrywającego, lecz tak zwanego przecinaka. On ma odbierać, asekurować, grać twardo i szukać prostych rozwiązań. Jego rolą powinno być zabezpieczenie środka, wygranie pojedynku, podanie najbliżej i utrzymanie struktury zespołu. Nie może być piłkarzem odpowiedzialnym za prowadzenie faz przejściowych z piłką przy nodze. To sprawia, że eksponuje się to, czego w jego charakterystyce po prostu nie ma. A wtedy mankamenty zaczynają dominować nad atutami.

Podobnie z Piotrem Samcem-Talarem. Jeśli ma być klasyczną „dziesiątką”, to bez nadmiaru zadań defensywnych, bo najwięcej daje pod bramką rywala i wypracowuje najwięcej xG. Jeśli ma grać jako 8/10, musi mieć za plecami realne zabezpieczenie, bo notuje też najwięcej strat w drużynie. Dziś tego balansu zwyczajnie nie ma.

System dobiera się do piłkarzy, których się ma. Nigdy odwrotnie. To jest absolutny fundament.

Błędy indywidualne? Tak. Ale…

Oczywiście, że zawodnicy popełniają błędy. Futbol zawsze będzie grą niedoskonałości. Ktoś podejmie niepotrzebne ryzyko, ktoś spóźni doskok, bramkarz wznowi niezgodnie z założeniami. Problem w tym, że w Śląsku te same sytuacje powtarzają się od miesięcy. Jeśli błędy są seryjne, przestają być wyłącznie winą piłkarzy. To jest kwestia organizacji gry, a za organizację odpowiada trener i jego sztab.

Ante Šimundža pracuje we Wrocławiu już ponad rok. Owszem, po spadku z Ekstraklasy drużyna została praktycznie zbudowana od nowa, zmienił się trzon zespołu, trzeba było poukładać szatnię i hierarchię. To nie są łatwe warunki. Tyle że za nami jest już 21 kolejek pierwszej ligi. To wystarczający okres, by zobaczyć wyraźny kierunek rozwoju. Tutaj go nie widać.

Śląsk Šimundžy nie wypracował stylu. Nie zbudował powtarzalnych mechanizmów. Piłkarze nie wykonali indywidualnego kroku naprzód. A zaledwie trzy mecze na zero z tyłu przez cały pobyt trenera we Wrocławiu mówią więcej niż jakakolwiek konferencja prasowa. Jeśli po tylu miesiącach pracy wciąż rozmawiamy o chaosie po stracie i braku organizacji w defensywie, to odpowiedzialność musi spadać przede wszystkim na ławkę trenerską.

Największy problem? Reakcja po stracie

Śląsk wygląda najgorzej dokładnie w tym momencie, który w nowoczesnej piłce jest absolutnym fundamentem. W sekundzie po utracie piłki. Drużyna nie wie, kto doskakuje do pressingu, kto zabezpiecza przestrzeń za plecami, kto zamyka środek. Nie widać ani wspólnego sygnału do ataku na piłkę, ani automatycznego cofnięcia do niskiego bloku. Jest zawahanie. A w tej lidze zawahanie kosztuje.

To są elementy, które nie wynikają z indywidualnego talentu. To nie jest kwestia kreatywności czy jakości technicznej. To są mechanizmy, które powinny być wypracowane na treningach i powtarzane do znudzenia, aż staną się odruchem. Reakcja po stracie musi być czytelna, zdefiniowana i zsynchronizowana. Każdy zawodnik powinien wiedzieć, jaka jest jego pierwsza decyzja i gdzie jest jego miejsce w tej układance.

Śląsk Wrocław po przebudowie drużyny, po 21 kolejkach pierwszej ligi i dwóch okresach przygotowawczych wciąż ma chaos w fazie przejściowej. To znaczy, że ten element nie został wystarczająco zorganizowany. Bez tego każda strata piłki będzie wyglądała jak wciśnięcie przycisku „panika”. Tego żadna taktyczna rozpiska przedmeczowa nie przykryje.

Garstka czy cała grupa?

Coraz częściej słyszę ostatnio, że część piłkarzy ma problem z intensywnością pracy, z wymaganiami, z bezpośredniością przekazu od trenera. Nie wszyscy akceptują twardy styl komunikacji i wysokie obciążenia. Być może to rzeczywiście garstka. Być może większa grupa. W każdej szatni są różne charaktery i różna odporność na presję.

Profesjonalny klub nie może jednak funkcjonować w permanentnym napięciu między ławką a boiskiem. Jeśli styl pracy trenera rozmija się z mentalnością zespołu, to jest to sygnał alarmowy. Bo albo piłkarze nie są odpowiednio dobrani do wizji szkoleniowca, albo wizja szkoleniowca nie jest dopasowana do materiału, którym dysponuje. W obu przypadkach to nie jest problem do przeczekania.

Relacja trener – zespół musi opierać się na jasnych zasadach i wzajemnym zaufaniu. Piłkarz może nie lubić metod, ale musi w nie wierzyć. Musi widzieć sens w tym, co robi na treningu i w meczu. Jeśli efektów nie widać, jeśli nie ma progresu, a atmosfera zaczyna być tematem rozmów to znak, że coś w tej układance nie działa.

W takim układzie zawsze ktoś przegra. Historia futbolu pokazuje jedno. W długim horyzoncie niemal zawsze przegrywa trener.

Śląsk musi spojrzeć prawdzie w oczy

Nie ma progresu. To nie jest opinia. To są fakty. Defensywa nie daje bezpieczeństwa, środek pola nie kontroluje meczu, a każda strata piłki wygląda jak awaryjne lądowanie bez podwozia. Po 21 kolejkach pierwszej ligi wciąż nie wiemy, czym ten zespół chce być. A to już nie jest etap „budowy”. Każdy kolejny nieudany mecz przybliża ostatni gwizdek na podjęcie decyzji co dalej.

Można nadal tłumaczyć się przebudową, szukać detali, analizować pojedyncze błędy. Można zmieniać ustawienia i personalia. Sedno jest jednak prostsze. Albo ta drużyna zacznie wyglądać jak efekt świadomej pracy trenerskiej, albo trzeba będzie zadać pytanie, czy obecny kierunek ma sens.

W poważnych klubach decyzje podejmuje się wtedy, gdy widać, że sufit został osiągnięty. Najgorsze, co można zrobić, to udawać, że wszystko jest procesem, który „zaraz zaskoczy”. Proces bez oznak postępu przestaje być procesem. Staje się stagnacją.

W Śląsku Wrocław mocno świeci się już czerwona lampka. Z tego co wiem wynika, że w najbliższych dniach prawdopodobnie nikt w klubie nerwowych ruchów wykonywał nie będzie. Zaznaczam słowo „prawdopodobnie” z uwagi na niezrównoważonego i nieprzewidywalnego właściciela. Jednak bez wyraźnie widocznej poprawy nieuchronnie zbliża się czas decyzji, bo pierwsza liga nie wybacza klubom, które zbyt długo udają, że wszystko jest pod kontrolą. 

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze